1 funt szterling = PLN
Pogoda w Bedford
Bedford
+13°C
Dzisiaj jest: 16.4.2021
MIEJSCE REKLAMA 
 
 
 
  SHA baner
 

powody

ImageDziesięć powodów, żeby nie wyjeżdżać z UK

1. Pogoda. Trzeba zacząć z grubej rury. Żona mówi, że jestem meteopatą. W Polsce od mniej więcej połowy sierpnia popadałem w depresję i ogólne odrętwienie. Teraz, w połowie października, za oknem mam zachmurzenie lekkie ze sporymi przejaśnieniami, około 17 stopni Celsjusza i uśmiech nieschodzący z twarzy. Wstrętny angielski klimat wkładam między bajki. Albo jadę zobaczyć, jak on wygląda, do kraju nad Wisłą.

2. Janusz Palikot. Polacy w Wielkiej Brytanii często mówią, że od powrotu powstrzymuje ich polskie polityczne bagno. Ten polityk PO ciągnie mnie osobiście na samo dno otchłani. Jest widocznym przykładem, że nic się w Polsce nie zmieni, bo jako twarz (a raczej gęba) swojej partii służy mocodawcom wyłącznie do traktowania z buta przeciwników. A częstotliwość pojawiania się Palikota w mediach świadczy o tym, że jego rola jest bardzo ważna, a w polskiej polityce nie chodzi już o nic więcej. Poseł Palikot wcale nie męczy mnie tym, że targa do studia TV świńskie łby, sztuczne penisy, ocynkowane wiadra, pistolety na kapiszony i co tam jeszcze. On mnie męczy, bo jest... najzupełniej zbędny. Jeśli przyjmiemy, że metafora Matriksa pasuje jak ulał do dzisiejszej Polski, to ja w tym Matriksie nie widzę sensu istnienia Palikota. W filmie braci Wachowskich każdy bohater – z jednej i drugiej strony – grał jakąś rolę albo był programem stworzonym do wypełnienia celu. W działania lubelskiego posła wkradł się jakiś podstępny trojan, który każe mu robić rzeczy nieprzynoszące żadnego pożytku, puste jak wydmuszka, a przy okazji budzące niesmak. Jak na złość, nikt nie jest w stanie przenieść go do kwarantanny albo od razu skasować.

3. Funt szterling. Przecież nie mogło go zabraknąć na mojej liście, chociaż ponoć pada na pysk, ponadto został kiedyś upokorzony przez George’a Sorosa, a obecny kryzys finansowy ma go dobić. Banknoty funtowe lubię za wielkość, której nie mogą dorównać żadne portfele, a monety za grubość – z tego samego powodu. Jako prosty człowiek rozumuję, że to, co jest większe, musi być lepsze. I to się sprawdza, mimo czarnych wizji polskich analityków finansowych. Za te większe od złotówek funty mogę kupić więcej niż w Polsce rzeczy, częściej mogę wyjść do restauracji, na koncert, mogę też uszczęśliwić więcej razy w kwartale swoje dziecko i kobietę...

4. Urząd Skarbowy. Właściwie nie trzeba by się nad tym tematem dłużej rozwodzić, gdyby nie abolicja. W ramach ocieplania wizerunku polski fiskus postanowił darować emigrantom winy, więc ujadanie na niego nie jest już takie łatwe. Chodzą jednak słuchy, że ta cała abolicja to tylko lep na naiwnych, bo gdy skarbówka się do człowieka przyklei, to już nie puści. Jak superglue. Najwidoczniej inni Polacy, którzy pracowali za granicą, mają podobne zdanie, bo np. w II Urzędzie Skarbowym w Bydgoszczy, w I Urzędzie Skarbowym w Toruniu oraz w Inowrocławiu wniosku abolicyjnego nie złożył nikt. Trochę lepiej było w Grudziądzu, gdzie wszyscy urzędnicy skarbowi mogą pochylić się nad jednym formularzem. Za to nieopisana radość panuje pewnie na korytarzach urzędu w Radomiu, gdzie zgłosiły się aż dwie osoby. Niestety, inspektorzy nie mogli ich uściskać osobiście, bo wnioski zostały wysłane z Wielkiej Brytanii. Uważam tak jak i oni, że 1500 kilometrów to najmniejsza bezpieczna odległość, jaka powinna dzielić podatnika od tej instytucji.

5. Polskie Koleje Państwowe. Jako osoba podstępnie pozbawiona przez demiurga talentu prowadzenia pojazdów mechanicznych jestem w Polsce skazany na korzystanie z usług komunikacji publicznej. Ostatnio przeczytałem, że PKP ma zamiar kupić 20 nowoczesnych pociągów, które będą rozwijać prędkość 200 km/h. Hmmm... Nie wiedzieć czemu, staje mi przed oczyma pani z kasy na dworcu Gdańsk-Wrzeszcz. Dworzec ten jest tak straszny, że jego nazwa wydaje się idealną poradą dla osób, które się tam nie ze swojej winy znalazły. Pani z kasy uciszyła mnie jednak dość stanowczym: "Nie widzi, że tu się pieniądze liczy?!", i wcale się jej nie dziwię, bo gdyby przyszło mi pracować w takim brudzie, smrodzie i osmalonej dymem (Skąd ten dym? Parowozy nie jeżdżą od dziesiątek lat!) szarzyźnie, też bym miał nerwy jak z waty. No więc obawiam się, że gdy dyrekcja PKP wypuści z boksów te swoje rącze rumaki, gdy osiągną już tę swoją zawrotną prędkość i w jakiś cudowny sposób uda im się nie wykoleić na polskich torach, to pani z dworca Gdańsk-Wrzeszcz, kiedy przejedzie pod oknami jej kasy taki superpociąg, rzuci robotę w cholerę, a nazajutrz podłoży ładunek wybuchowy pod trakcję z powodu depresji wśród bezrobotnych. Wolę więc jeździć od czasu do czasu niemodernizowanym, powolnym pociągiem z cuchnącą toaletą, gdzie wodę (i całą resztę) spuszcza się wprost na tory za pomocą uroczego nożnego pedała. A wrażenie pędu wolę poznać poprzez Virgin Trains albo Great Western.

6. Przyjaciele. Tylko będąc w Londynie, mogę zaprosić tu znajomych i udawać światowca, pokazując im te wszystkie Big Beny, Trafalgar Squary i Buckingham Palace, cedząc z miną znawcy skąpe informacje, jakie o nich posiadam, a potem z uciechą obserwując rozwarte z podziwu paszcze. Bycie przewodnikiem po takim mieście, nawet w wersji chałupniczej i nieokraszonej prawdziwą wiedzą, jest zajęciem ekscytującym. Dzięki Londynowi czuję się wreszcie jak samiec alfa w stadzie, bo to oni do mnie bardziej niż ja do nich.

7. Segregacja. Boże broń, nie chodzi o segregację rasową. Siedząc w Wielkiej Brytanii, stałem się zielony jak Shrek i denerwuje mnie wszelki przejaw braku wrażliwości w postępowaniu ze śmieciami. W Polsce byłbym uważany za wariata, uganiając się za palaczami rzucającymi kiepy na ulicy albo snując się nocami po swoim osiedlu w poszukiwaniu oddzielnych pojemników na szkło, makulaturę, plastik, ubrania, buty, baterie, nakrętki do słoików, pampersy, opakowania po lekach itd. Swoją drogą w Polsce byłoby to jak uganianie się za świętym Graalem, którego poszukiwania skończyłyby się klęską. Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, czy w ten sposób pomagam dłużej przetrwać ludzkości na padole łez, ale wydaje mi się, że tak trzeba. W Polsce nie trzeba, i właśnie to jest dziwne. W Polsce można ogłosić, że ekologia to nowe dzieło życia i jednocześnie chodzić w futrze (państwo Jolanta i Aleksander  Kwaśniewscy) albo poprosić kolegę, żeby podwiózł nas swoją furą na obchody Dnia Bez Samochodu (szef SLD Grzegorz Napieralski).

8. O2 Arena i Wembley. Ostatnio byłem na koncercie Metalliki w O2 Arena. Żaden ze mnie zapalony fan tego zespołu, ale ogrom miejsca i całego przedsięwzięcia wgniótł mnie w fotel. Zdałem sobie sprawę, że praktycznie co tydzień (o ile funt szterling pozwoli) mogę być tak wgniatany, jeśli nie przez Metallikę, to przez inną – w gruncie rzeczy każdą, jaka przyjdzie mi na myśl – muzyczną gwiazdę. A gdy nie będzie akurat żadnej pod ręką, to mogę pójść na mecz na Wembley bez obawy o to, że dostanę płonącą racą albo deską wyrwaną spod siedzenia przez łysego, wytatuowanego członka jednego z nieprzyjaznych ludziom plemion o nazwach Legia Fans, Wisła Hooligans albo Jagiellonia Destroyers. Zastanowię się, czy wracać do Polski, jeśli Metallica ogłosi nową trasę z przystankiem na koncert w mojej mieścinie na Pomorzu. Coś mi się zdaje, że mogę na to trochę poczekać.

9. Hydraulika, elektryka i pokrewne. Nie do wiary! Tak przyzwyczaiłem się do wszechobecnych w Wielkiej Brytanii podwójnych kranów z zimną i ciepłą wodą, że nie wyobrażam sobie bez nich życia. Co gorsza, w ogóle mi one nie przeszkadzają i uważam je za zwykłe osiągnięcie rozwiniętej cywilizacji. Obawiam się, że nie poradziłbym już sobie z armaturą dającą mi możliwość regulowania temperatury wody. Podobnie jest z nieśmiertelnym sznurkiem do włączania światła – w Polsce pewnie chwytałbym powietrze w jego poszukiwaniu, bo zwykły kontakt stał się dla mnie wynalazkiem, który poszedł na dno z Atlantydą.

10. Jola Rutowicz. Będąc na Wyspach, widzę jej postać w internecie i zaczynam się bać. Boję się, że gdy wrócę do Polski, Jola na dobre zagości w moim domu, będzie dla mnie tańczyć na lodzie czy na jakiejś innej niebezpiecznej powierzchni, będzie do mnie gadać, a ostatecznie wyjrzy z mojej lodówki. Chociaż ponoć to miejsce jest już zarezerwowane. Przez Dodę.

Adam Skorupiński 

Comments are now closed for this entry

PROMOWANE OGŁOSZENIA:
ABC