1 funt szterling = PLN
Pogoda w Bedford
Bedford
+13°C
Dzisiaj jest: 4.3.2024
MIEJSCE REKLAMA 
 
 
 
  SHA baner
 

WAKACYJNE PERYPETIE

Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna
 

Wakacje to wspaniały czas – z reguły z piękną, letnią pogodą, gdzie słoneczko ładnie świeci, ludzie są jakby weselsi, mamy wolne od pracy i wyjeżdżamy. Różnie jednak bywa z tymi wyjazdami… Mieliśmy z żoną dwa tygodnie wolnego we wrześniu, więc zdecydowaliśmy się odwiedzić rodzinkę w Polsce, a że było to aż czternaście dni, decyzja zapadła na podróż samochodem. I to był pierwszy błąd…

To był pierwszy błąd, ponieważ do samolotu można zabrać piętnaście kilogramów bagażu nadanego i dziesięć kilogramów podręcznego. Samochód nie ma ograniczeń – no, może oprócz szyb i pozamykanych drzwi, które z trudem trzymały całą tę tonę, którą kazała mi zapakować żona. Nie potrafię teraz powiedzieć, co tam było – chyba łatwiej byłoby wyliczyć, czego tam nie było. A było wszędzie – nawet pod siedzeniami. Dobrze, że córka ma tylko roczek i jeszcze krótkie nóżki, bo w przeciwnym razie nie miałaby gdzie ich podziać – oczywiście miejsce pod fotelikiem też wypchane było bagażem.

Ludzie, to wszystko na dwa tygodnie? A może uciekamy i zabieramy ze sobą połowę dobytku? Pakowałem wszystko godzinę – udało się po trzecim razie. Została mi tylko para butów żony, której ni jak nie mogłem już upchnąć. Zostawiłem więc klapeczki w domu, oczywiście nic nie mówiąc żonie i okazuje się, że nawet nie zauważyła ich braku. Gdybym wiedział, zostawiłbym też kilka z tych siatek, które przekląłem i po polsku, i po angielsku próbując po raz trzeci wcisnąć je do auta – ich pewnie też nie potrzebowaliśmy.

No, ale udało się i o ósmej wieczorem ruszyliśmy ku zachodzącemu słońcu, znaczy się na prom, który odpływał o północy. Ta cześć podróży minęła całkiem spokojnie. Dopóki nie dojechaliśmy do punktu kontroli przed promem. Celniczka zlitowała się nade mną – widząc chyba moje błagalne spojrzenie, żebym tylko nie musiał rozładowywać auta, bo ponowne spakowanie go może się nie udać, a już na pewno zablokuje stanowisko kontrolne na dłuższy czas. Tak więc celniczka zerknęła tylko do środka auta, w sumie nie widząc nic poza milionami upchanych siatek, spojrzała na mnie z politowaniem i pozwoliła wjechać na prom.

Z nadzieją na krótką drzemkę usadowiłem się wygodnie na kanapie, a żonę wysłałem z córką do pokoju zabaw – swoją drogą to świetny pomysł taki pokój, bo dzięki temu podróż mija zdecydowanie szybciej i dorosłym, i przede wszystkim dzieciom. Mój plan drzemki spalił jednak na panewce, bo niestety gość siedzący obok mnie zasnął pierwszy, o czym dowiedział się chyba cały prom, bo chrapał niemiłosiernie głośno. I tak zleciała kolejna cześć naszej podróży.

Dalej było już spokojniej, bo i żona i córka spały, a ja korzystając z orzeźwiającej mocy kawy i pustych niemieckich autostrad, docisnąłem pedał gazu niczym Kubica w bolidzie. Kilometry szybko mijały, aż wreszcie dotarliśmy do celu – Polska, dom teściów. Cztery pierwsze dni były nawet fajne. Teściowa spełniała nasze zachcianki kulinarne, więc kaloryfer na moim brzuchu zamienił się w bojler – no, może nie kaloryfer, ale mniejsza o to, co było – ważniejsze jest to, co się pojawiło! Pogoda dopisywała, a że teściowie mieszkają blisko morza, korzystaliśmy z uroków plaży.

Sielanka nie trwała jednak długo. Zaczęło się od samochodu – tak, nasze kochane polskie drogi doprowadziły między innymi do pęknięcia przedniej sprężyny w lewym kole i konieczności wymiany wahacza. U mechanika lista napraw okazała się być nieco dłuższa, co oczywiście nie pozostało bez echa w mojej kieszeni. A właściwie powinienem napisać, że pozostało tam już tylko echo. Sprawę samochodu postanowiłem jednak przeboleć za pomocą samorobnej wiśniówki teścia, która – trzeba przyznać – ma swoją moc pocieszania.

Gdy już myślałem, że powrócą radosne chwile wakacji, kłopoty przyszły z drugiej strony. Korzystając z wizyty w Polsce, postanowiliśmy wyrobić córce nowy paszport. Biuro paszportowe było pod nosem, opłata śmiesznie niska w porównaniu z tą w konsulacie w Londynie, no i czas oczekiwania na nowy dokument tylko pięć dni. Wszystko było super do momentu, w którym okazało się, że córka nie ma jeszcze numeru PESEL, a to uniemożliwia złożenie wniosku. Niezrażeni jednak tym drobnym niepowodzeniem, udaliśmy się do urzędu miejskiego celem zdobycia tego, jakże ważnego, numeru. I tu zaczęły się schody, bo żeby dostać jedno, potrzebne było drugie. Otóż, musieliśmy zameldować córkę, a żeby to zrobić ruszyliśmy całą maszynę biurokracji, której zatrzymanie, a co za tym idzie pozytywne załatwienie wszystkich spraw, zajęło nam kolejne trzy nerwowe dni z naszego urlopu. Podczas biegania po urzędach przypomniałem sobie jeden z powodów, dla których opuściłem Polskę – biurokracja i panie w okienkach, które w swoim mniemaniu rządzą światem, a interesantów traktują jak intruzów. Koniec końców zanim doczekaliśmy się nadania pożądanego numeru PESEL, urlop dobiegał końca, a że paszport musi odebrać jeden z rodziców, złożenie wniosku w Polsce nie miało już sensu. Tak więc witaj konsulacie w Londynie i gigantyczna kolejko.

Gdyby ktoś myślał, że zbliżam się już do końca, na deser zostawiłem wizytę w moim domu rodzinnym. Od dłuższego już czasu mieszkam poza domem. Najpierw jako kawaler, teraz jako mąż i ojciec. Sami z żoną ustalamy zasady w swoim życiu, decydujemy o tym, co i kiedy robimy, na co wydajemy pieniądze. Zazwyczaj odwiedzamy moich rodziców krótko i treściwie – wpadamy na jeden dzień, podczas którego dziadkowie mogą nacieszyć się wnuczką, a my spokojnie porozmawiać o tym, co u kogo słychać. Tym razem – z okazji dłuższego pobytu w Polsce, zostaliśmy trzy dni. O cztery za długo. Mama wtrącała się w absolutnie wszystko – od sposobu przewijania i ubierania dziecka, przez czas naszych posiłków, po ilość i cel wydawanych przez nas pieniędzy. Jako głowa rodziny, która od lat stara się zapewnić jej byt na jak najwyższym poziomie, odwykłem już od wtrącania się rodziców w moje sprawy. Starałem się jednak być miły i puszczałem te uwagi mimo uszu, dusząc poirytowanie gdzieś w sobie. Niestety, wiśniówka została u teścia. Moja żona jest trochę bardziej nerwowa, a fakt, że kolejny nieszczęśliwy wypadek sprawił, że żonie ukruszył się ząb (i to górna jedynka!), jej nerwowość wzrosła o jakieś trzysta procent i to ja obrywałem za wszystkie uwagi mojej mamusi. Od słowa do słowa tak się z żoną pokłóciliśmy, że zanim dwa dni później odwiedziła dentystę i pozbyła się szpecącego problemu, a tym samym znacząco się uspokoiła, oboje chcieliśmy już skończyć ten cały, pożal się Boże, urlop. Chcieliśmy już wrócić do Peterborough, gdzie mieszkamy sami, nikt nie wtrąca się w nasze sprawy, a moje angielskie auto przystosowane jest do tutejszych dróg.

Nie było to jednak takie proste, bo czekało nas jeszcze pakowanie. A uważny czytelnik wie, że to nie taka łatwa sprawa. Nie dość, że musiałem spakować nasze rzeczy, to jeszcze teściowie dorzucili kilka smakołyków, których „tam w Anglii na pewno nie macie”. Na nic zdały się tłumaczenia, że mamy tu polskie sklepy, ze świeżą wędliną i wszystkim, czego nam trzeba. Chcąc nie chcąc musiałem zapakować kiełbasy, grzyby w słoiczkach, zawekowane malinki i jagódki dla wnusi. Wszystko było już poupychane do granic możliwości, gdy teść przyniósł jeszcze wiśnióweczkę, dla której – według żony – zadziwiająco szybko znalazłem jeszcze miejsce w aucie. Jedno w tym całym pakowaniu było dobre – auto siedziało tak nisko, że wyglądało jak na sportowym zawieszeniu. Po długich pożegnaniach ruszyliśmy wreszcie w drogę powrotną, która minęła zaskakująco spokojnie i szybko.

Wykończeni urlopem myśleliśmy o powrotach do pracy i do naszego życia. Postanowiliśmy też, że w przyszłym roku do Polski po pierwsze – lecimy samolotem, a po drugie – tylko na kilka dni, podczas których spotkamy się rodzinką. Resztę wakacji spędzimy na wycieczce z biurem podróży, które pewnie i tak skasuje nas mniej niż wyszedł ten cały wyjazd. A i nasz samochód będzie zadowolony z takiego rozwiązania. Tak czy owak tegoroczne wakacje dobiegły końca, a ja wspominam je już ze spokojniejszym biciem serca – oczywiście dzięki wiśnióweczce.

Jasiek Kaszub

 

Artykuł został opublikowany w PMagazynie (02/2010)

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież

PROMOWANE OGŁOSZENIA:
ABC